5
W ostatnią sobotę, 23 października, paręnaście godzin po powrocie z urlopu (który spędziłam w Kopenhadze), pojechałam na zawody. Nie jako zawodnik, ale jako klubowy psycholog. Wystawialiśmy jedną zawodniczkę, która swoją przygodę z judo rozpoczęła zaledwie rok temu, ale miała na tyle odwagi i chęci, że postanowiła wystartować. Widziałam już trochę zawodów w swoim życiu, w paru nawet startowałam, ale te właśnie zainspirowały mnie do wielu przemyśleń z kategorii psychologia sportu. I właśnie mam zamiar Wam je przedstawić.
Psychologią sportu interesowałam się sporo, szczególnie na studiach, gdy nie wiedziałam jeszcze, że będę pracować gdzie aktualnie pracuję. Przeczytałam trochę książek, byłam nawet na Kongresie Psychologii Sportu w Warszawie, który był zdecydowanym przełomem w mojej karierze naukowej, bo jeden z wykładów, które wtedy usłyszałam, prowadzony przez doktora z Włoch, zainspirował mnie do zajęcia się tematem, który następnie (po wielu modyfikacjach) został tematem mojej pracy magisterskiej. Ale nie o tym! Po lekturze książek i uczestnictwie w Kongresie wciąż niewiele wiedziałam o psychologii sportu, jaką możnaby zastosować praktycznie, wydawało mi się, że żeby wiedzieć cokolwiek na ten temat trzeba by obserwować zawodników, żeby dostrzec ich prawdziwe potrzeby oraz trenerów, żeby poznać ich codzienne problemy w pracy z zawodnikami. Dzięki byciu częścią mojego macierzystego klubu Grizzly Gdańsk (serdeczne pozdrowienia), wielu przyjaźniom zawartych na macie z ludźmi młodszymi ode mnie o dziesięć lat oraz przez ostatni rok spędzony na rozwijaniu UKS Matsubara Judo Juku, zdałam sobie sprawę, że problemy nastoletnich sportowców tylko w niewielkim stopniu różnią się od problemów nastolatków w ich codziennym życiu. Co więcej - mechanizmy psychologiczne, które wpływają na ich zachowanie i decyzję związane sportem, są tymi samymi mechanizmami, które ma moja trudna młodzież, z którą pracuję normalnie. To wszystko jednak doprowadziło mnie do wniosku, że naprawdę niewiele wiem nie tylko o psychologii sportu czy pracy z młodzieżą, ale o psychologii w ogóle. No cóż, jeszcze z 35 lat do emerytury - może do tego czasu czegoś się dowiem.
To na czym najbardziej zawieszał mi się wzrok i myśli podczas sobotnich zawodów - były dziewczyny. Nie było ich tam wcale mało - oczywiście - kategorii wagowych chłopców było więcej i samych zawodników w nich również, ale dziewczyny też miały swoją liczną reprezentację. Jednakże każda z nich miała trenera-mężczyznę, co w tym sporcie nikogo nie dziwi, ale mnie skłoniło do paru przemyśleń. Pierwsze z nich - statystyczne prawdopodobieństwo, że dziewczyna po przegranej walce, schodząc z maty uroni łzę (lub łzy) jest wyższe, niż to, że zrobi to chłopiec. Oczywiście nie mam nic do płaczących chłopców, bardzo mi to imponuje. Rzecz w tym, że taki trener-mężczyzna nigdy nie był płaczącą dziewczyną i o ile miał tę przyjemność wychować córkę, będzie miał trochę instynktu co zrobić, to zwykle - i to nic dziwnego - najprawdopodobniej nie zrobi nic. Zresztą mamy takie czasy, że jak trener przytuli 15 latkę to kto wie co sobie ludzie o tym pomyślą (ja jednak rekomenduje to robić). Drugie przemyślenie - dziewczyny rzeczywiście szybciej dojrzewają, a przynajmnien fizycznie i to jest fakt. Patrzyłam sobie na najniższe kategorie wagowe chłopców (np. -42 kg) i w tym przypadku słowo chłopcy jest kluczowe. Prześliczni, malutcy, z baby-face'ami - oczywiście wysportowani, silni i groźni, ale jednak powiedzieć o którymś z nich chłopczyk nie byłoby nieadekwatne. W skrócie - patrzysz na nich i myślisz dziecko - bez dwóch zdań. Z kolei najniższa kategoria dziewczyn na tych zawodach (-48 kg) to po prostu szczupłe kobiety. Naprawdę kobiety, 14-15 letnie, jednak kobiety, zdecydowanie zastanawiałabym się długo zanim powiedziałabym o nich dzieci. No i tu się pojawia problem - to są dzieci. I taki bias - trudniej pomyśleć o takiej dziewczynie dziecko, niż o dwie głowy niższym blondynku z twarzą aniołka. A jednak oboje to dzieci i tak powinno się ich traktować. No właśnie, czyli jak, jak powinno się traktować takiego sportowca-dziecko? Na to pytanie, wydaje mi się, można dać odpowiedź wyłącznie subiektywną, więc takiej właśnie udzielę.
Może ten akapit skieruje bezpośrednio do ludzi, którzy trenują dzieci. A więc, trenerze, kiedy roczne dziecko przewróci się, ucząc się chodzić, zanim zacznie płakać obraca się, żeby spojrzeć na reakcję rodzica. Jeżeli rodzic wygląda na przestraszonego lub wydaje jakiś dźwięk/słowo, które świadczy o tym, że coś niebezpiecznego się właśnie zadziało, dziecko zaczyna płakać. Jeśli rodzic mówi lub robi coś co wskazuje na to, że generalnie wszystko jest ok - bobo też pomyśli, że jest ok. Jeśli dziecko schodzi z maty po przegranej walce i słyszy coś co świadczy, że to że przegrało jest wielką tragedią - tak też pomyśli. Będzie się bało, będzie się stresowało, będzie myśleć o tym, żeby nie przegrać - nie o tym, żeby wygrać. Jeśli usłyszy - okej, no worries, poprawimy to i tamto i dasz radę - pomyśli okej, poprawimy to i tamto i damy radę. Jeśli Twoje dziecko rozwaliło Ci wazę uderzając w nią głową co spowodowało, że ma ciętą ranę długości 3 centymetrów nad łukiem brwiowym i przychodzi do Ciebie z płaczem, co robisz najpierw? Próbujesz naprawić wazę i złościsz się, że ją rozbiło czy zapewniasz najpierw bezpieczeństwo, pocieszenie i opatrunek dziecku? Myślę, że odpowiedź jest prosta. Więc jeśli Twój zawodnik schodząc z pola walki, po przegranej, ma łzy w oczach i widać, że jest smutny - czy najpierw powinieneś powiedzieć mu co powinien zrobić lepiej żeby wygrać, czy pocieszyć go i dodać mu otuchy? Czy czas na powiedzenie co jest do poprawy, że ten wynik to skutek opuszczania przez niego treningów, czy czegoś tam innego, nie może przyjść chwilę później?
Jak Ty, dorosły człowieku radzisz sobie z przegraną? Przegraną na różnych polach - zawodowym, prywatnym, sportowym. Czy Twoje radzenie sobie z przegraną nie wymaga jeszcze trochę poprawy? Jak więc oczekiwać, że dziecko będzie potrafiło poradzić sobie z przegraną. Prawdopodobnie nie potrafi - nawet jak tego po nim nie widać. Trzeba go tego nauczyć, trzeba mu pomóc pozbyć się tego lęku, bo z lękiem przed przegraną, nigdy nie będzie wygrany. Serce mi ściskał widok tych wszystkich nastolatków i nastolatek, tak zestresowanych, spiętych i zlęknionych, jakby działa się najgorsza rzecz w ich życiu. Lęk przed porażką, odbiera im całą radość, którą mogliby mieć, związaną z ekscytującą przygodą jaką jest sport. Może to brzmi dla Was banalnie i głupio, ale ogólnie tak właśnie powinno być. Więc może nie krzyczmy tak na dzieci, kiedy nie robią tego co kazaliśmy im na treningach, może nie krzyczmy na nie, że z własnego lenistwa nie wygrali walki, którą powinni wygrać z palcem w nosie. Przegrana jest dla nich dostatecznym ciosem, oni wiedzą, że jest ona konsekwencją czegoś. I może łatwiej będzie im wyciągać wnioski, mobilizować się do lepszej pracy i następnym razem wygrać, jeśli zaoferujemy im coś więcej niż niezadowolenie z ich wątpliwego pefrormance'u? Ja tylko zadaję pytanie. Wy odpowiedźcie sobie sami.
Wszystko zaczyna się w głowie - mówi powiedzenie, które na pewno każdy zna a ja nie wiem, kto to powiedział, ale to oczywiste. Chciałabym żeby w głowie nastolatków - wszystkich, nie tylko sportowców - było więcej światła, a mniej ciemności. Być może wtedy straciłabym pracę, ale byłoby warto. Chciałabym, żeby moje młodsze koleżanki i młodsi koledzy, wyciągali ze swojego trenowania i startowania, lepsze wnioski niż to, że są słabi. Jasne - niech wiedzą, że muszą więcej i mocniej trenować - ale niech to nie czyni ich, w ich głowach, gorszymi, nie do końca wartościowymi ludźmi. Chciałabym żeby młodzi judocy i wszyscy inni młodzi sportowcy, nie jechali na zawody bojąc się porażki tylko podekscytowani i z adrenaliną, która nie pochodzi z lęku, ale myśli, że mogą wygrać i dadzą z siebie wszystko. Oto moje marzenia, jak zwykle mocno stawiają poprzeczkę, ale kto wie. Może kiedyś do tego dojdzie. Mam nadzieję, że chociaż jedna osoba (najlepiej jakiś trener) po przeczytaniu tego niezbyt składnego posta, pomyśli Coś w tym jest. To wystarczy.
Komentarze
Prześlij komentarz