7 - O niezadowoleniu z siebie i zadowoleniu z książek
Tak, tak, wiem.
Co do zasady jestem raczej systematyczna i wytrwała, ale jak widać wyjątkiem od reguły jest pisanie bloga. Ostatnią próbę zostania blogerem zakończyłam prawie 2 lata temu, a i teraz nie spodziewam się po sobie większej regularności. Post ten jednak chodzi mi po głowie od dawna, a inspiracją do niego były przede wszystkim doświadczenia pracy w poradni zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży.
My psychologowie (choć nie do końca się z moją grupą zawodową utożsamiam) mamy w zanadrzu wiele narzędzi diagnostycznych, które mają na celu pomóc zrozumieć nam (i innym też - np. samym badanym, sądom, czy innym instytucjom) różne komponenty osobowości, temperamentu pacjenta/opiniowanego/wychowanka etc. Narzędzia te - zwykle w formie testowej, mają różny stopień przydatności, jak i wiarygodności. Jednym z nich, którego ja nigdy nie użyłabym w celu stricte diagnostycznym - czyli np. opiniując dla Sądu, jest test zdań niedokończonych. Kwestionariusz ten polega na dokończeniu zdań dotyczących samych siebie stwierdzeniami, które przychodzą nam jako pierwsze na myśl. Na przykład:
"Uważam, że jestem..." "Moje dotychczasowe sukcesy..."
Test ten ma różne wersje, ja natomiast w gabinecie stosuję test Zdań Niedokończonych UDS nie w celu opiniowania, czy stawiania diagnozy, ale jako przyczynek do rozmowy o poczuciu własnej wartości, o zainteresowaniach i o tym, jak moi pacjenci postrzegają samych siebie. Jako narzędzie diagnostyczne test ten wydaje mi się trochę miałki, szczególnie, że nie da się go przerobić na żadne cyferki, a ja w diagnozie kocham cyferki (w ogóle chyba lubię cyferki, oprócz tych, które widnieją na moim koncie ZUS jako niezapłacone). Jednak jako narzędzie służące do odkrywania siebie razem z pacjentem, niezmiennie mi się sprawdza. Często młodzi ludzie dopiero wtedy odkrywają, co o sobie sądzą, bo - choć to dla mnie niebywale zaskakujące - bardzo dużo osób (także dorosłych) nie zastanawia się za wiele nad samym sobą.
To tyle słowem wstępu.
To, o czym chcę powiedzieć, to jedno zdanie, które 99% pacjentów (ale też moich zakładowych wychowanków nie tak dawno) wypełnia w ten sam sposób - jednym słowem. Tak często widzę tę odpowiedź (także u samej siebie), że ta powtarzalność wydała mi się wręcz zaskakująca, a wręcz zmuszająca do myśli, że istnieje jakaś prawidłowość, która sprawia, że ludzie wypełniają tę część właśnie w ten sposób. Nawet przeszły mi przez myśl jakieś naukowe badania w tym kierunku. A o jakim zdaniu mowa?
Zwykle jestem z siebie... niezadowolona / niezadowolony.
Prawdą jest, że konstrukcja tego zdania w pewien sposób sugeruje odpowiedź, bo w języku polskim, z samego siebie można być - zadowolonym, niezadowolonym, dumnym - i to chyba na tyle (jeśli jeszcze jakimś można z siebie być, dajcie znać w komentarzu). Mimo tego, fakt, że 95% osób, przed którymi położyłam ten test, jest z siebie niezadowolonych, mnie bardzo smuci. Nie tylko jako psychologa, ale przede wszystkim jako człowieka. Tym bardziej, że pracuję głównie z młodzieżą i to właśnie oni są tymi niezadowolonymi z siebie. Wyobraźcie sobie teraz, że czeka nas przyszłość zbudowana na samych niezadowolonych z siebie ludzi - niezadowolonych z siebie lekarzy, prawników, nauczycieli czy trenerów judo.
Oczywiście, trzeba wziąć pod uwagę, że osoby, z którymi się stykam na co dzień w mojej pracy zawodowej, nie są większością społeczeństwa i nie mogą go reprezentować, w tym wypadku moje rozważania mogą być po prostu efektem false consensus effect. Ale mogą także nie być żadnym błędem poznawczym, biorąc pod uwagę fakt, że z raportu opublikowanego w roku 2023 przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne wynika, że liczba dzieci i młodzieży korzystających ze wsparcia psychologicznego ciągle wzrasta. Natomiast fundacja UNAWEZA, z projektem #MlodeGlowy, która przeprowadziła w 2023 badania w polskich szkołach, wskazuje, że co drugi uczeń w Polsce w wieku 10-19 lat ma skrajnie niską samoocenę. Więc może jednak moja grupa niezadowolonych z siebie nie jest wcale niereprezentatywną mniejszością?
W tym momencie muszę zakomunikować, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem nadmiernego zadowolenia z siebie, w stylu:
Nieważne co zrobię jest dobrze. Wszyscy powinni mnie chwalić.
Co więcej! Nie jestem nawet zwolennikiem pozytywnej, afirmującej, wdzięcznościowej, holistycznej *dodaj inne modne słowa* psychologii nakazującej celebrować wszystkie swoje małe sukcesy i sukcesiki i myślenia przede wszystkim o sobie i swoim komforcie. Co to, to nie - ja nie jestem kolorowym uśmiechniętym psychologiem z afirmacjami na każdy dzień, ja jestem psychologiem w szarym golfie, czasami nie odzywającym się przez 10 minut, żeby pacjent sfrustrował się naszą wspólną ciszą i postanowił jednak wylać to, co mu się w głowie kotłuje. W związku z tym, że właśnie takim psychologiem jestem, jak najbardziej postuluję robienie wielu rzeczy, które nie są komfortowe i badanie samego siebie, zauważanie własnych błędów, wad i walczenie z nimi.
Niemniej - to niezadowolenie z siebie, o którym tutaj piszę, to nie jest niezadowolenie wynikające z rzeczywistej, obiektywnej oceny własnych wad i niedoskonałości. To niezadowolenie wynikające z wyuczonego, utrwalonego poczucia, że nie jest się wystarczająco dobrym. To nie jest niezadowolenie, które brzmi jak
Popełniłem błąd, myliłem się, jestem z tego powodu niezadowolony, ale to naprawię.
To jest niezadowolenie, które żali się
Nic nie potrafię dobrze zrobić. Mimo że próbuję i staram się, nic mi nie wychodzi. Jestem beznadziejny we wszystkim, czego się podejmuję.
No i takie niezadowolenie to trucizna. Takie niezadowolenie wynika z braku poczucia własnej wartości, a źródeł takiego braku jest wiele. Tak więc jeżeli z takim niezadowoleniem się zmagasz, jeżeli czujesz, że twoich błędów jest za dużo i nie potrafisz ich sam naprawić, to odsyłam między innymi tutaj - Rzymian 8, a najlepiej to do całego tekstu źródłowego.
Post ten moim zdaniem musi się zakończyć pewnym apelem. Chociaż jak wspomniałam wyżej - źródeł niskiego poczucia własnej wartości jest wiele - jednym z nich, szczególnie wśród dzieci i młodzieży, jest niewątpliwie to, co słyszą z ust innych osób, szczególnie bliskich sobie. Więc apeluję do rodziców, nauczycieli, trenerów i wszystkich innych ludzi - wstrzymajcie się z niekonstruktywną krytyką, wyrzućcie ze swojego słownika takie stwierdzenia jak "być do niczego", "nie nadawać się", "być beznadziejnym" - nie mówcie tego do dzieci, nie mówcie tego przy dzieciach, nie mówcie tego o sobie. Kropka.
W tytule wskazałam, że post będzie też o książkach - w ostatnim czasie mogę być z siebie bardzo zadowolona, jeśli chodzi o postępy w moim wyzwaniu książkowym na rok 2024. Pomimo że jest dopiero (lub już) wrzesień, na koncie mam już 22 z 24 założonych książek. Dwie z nich bardzo polecam, a dlaczego? (w wielkim skrócie):
Tytuł: O kocie, który ratował książki
Autor: Sosuke Natsukawa
Ocena: 4.5 Kto mnie zna, ten wie, że lubię japońskie książki, a sympatia ta zaczęła się zanim Japonię zobaczyłam i nawet zanim poznała mojego męża-trochę-japończyka. O kocie to książka, która na pewno spodoba się tym, którzy polubili Zanim wystygnie kawa wraz z jej kontynuacjami. Książka opowiada o nastolatku - Rintaro, który po śmierci dziadka, który go wychował, dziedziczy antykwariat. Nieśmiały Rintaro od zawsze traktował książki jako ucieczkę od rzeczywistości, w której nie za dobrze sobie radził, ale po tym, jak poznaje tajemniczego, rudego kota, doświadcza prawdziwej ucieczki od rzeczywistości - w jaki sposób, dowiecie się podczas lektury. Dla mnie to książka o znajdowaniu w sobie siły i korzystaniu ze swoich zalet, które często pozostają zakryte. Dobry komentarz do moich wcześniejszych rozważań o niezadowoleniu.
Tytuł: Nie jesteś sama, Meredith
Autor: Claire Alexander
Ocena: 4.5
W te wakacje byłam na wycieczce z Japonii z moimi przyjaciółmi, Anią i Tomkiem - Tomek jest też pastorem w zborze, do którego należy, i chwilę po powrocie z tej wycieczki poczynił kazanie na temat hikikomori, czyli osób, które z własnej woli pozostają w izolacji od społeczeństwa (żeby posłuchać kazania - tutaj). Ta książka jest właśnie o hikikomori, tyle że nie z Japonii, a ze współczesnej Nowej Zelandii. Meredith nie opuszcza domu od ponad 1200 dni - dlaczego? Odpowiedź na to pytanie poznajemy fragmentarycznie na kartach tej książki, odkrywając trudną przeszłość bohaterki, ale także rozwijając nadzieję na jej jaśniejszą przyszłość.
To koniec moich przemyśleń w tym poście - kto wie, może następne pojawią się w 2026...
Co do zasady jestem raczej systematyczna i wytrwała, ale jak widać wyjątkiem od reguły jest pisanie bloga. Ostatnią próbę zostania blogerem zakończyłam prawie 2 lata temu, a i teraz nie spodziewam się po sobie większej regularności. Post ten jednak chodzi mi po głowie od dawna, a inspiracją do niego były przede wszystkim doświadczenia pracy w poradni zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży.
My psychologowie (choć nie do końca się z moją grupą zawodową utożsamiam) mamy w zanadrzu wiele narzędzi diagnostycznych, które mają na celu pomóc zrozumieć nam (i innym też - np. samym badanym, sądom, czy innym instytucjom) różne komponenty osobowości, temperamentu pacjenta/opiniowanego/wychowanka etc. Narzędzia te - zwykle w formie testowej, mają różny stopień przydatności, jak i wiarygodności. Jednym z nich, którego ja nigdy nie użyłabym w celu stricte diagnostycznym - czyli np. opiniując dla Sądu, jest test zdań niedokończonych. Kwestionariusz ten polega na dokończeniu zdań dotyczących samych siebie stwierdzeniami, które przychodzą nam jako pierwsze na myśl. Na przykład:
"Uważam, że jestem..." "Moje dotychczasowe sukcesy..."
Test ten ma różne wersje, ja natomiast w gabinecie stosuję test Zdań Niedokończonych UDS nie w celu opiniowania, czy stawiania diagnozy, ale jako przyczynek do rozmowy o poczuciu własnej wartości, o zainteresowaniach i o tym, jak moi pacjenci postrzegają samych siebie. Jako narzędzie diagnostyczne test ten wydaje mi się trochę miałki, szczególnie, że nie da się go przerobić na żadne cyferki, a ja w diagnozie kocham cyferki (w ogóle chyba lubię cyferki, oprócz tych, które widnieją na moim koncie ZUS jako niezapłacone). Jednak jako narzędzie służące do odkrywania siebie razem z pacjentem, niezmiennie mi się sprawdza. Często młodzi ludzie dopiero wtedy odkrywają, co o sobie sądzą, bo - choć to dla mnie niebywale zaskakujące - bardzo dużo osób (także dorosłych) nie zastanawia się za wiele nad samym sobą.
To tyle słowem wstępu.
To, o czym chcę powiedzieć, to jedno zdanie, które 99% pacjentów (ale też moich zakładowych wychowanków nie tak dawno) wypełnia w ten sam sposób - jednym słowem. Tak często widzę tę odpowiedź (także u samej siebie), że ta powtarzalność wydała mi się wręcz zaskakująca, a wręcz zmuszająca do myśli, że istnieje jakaś prawidłowość, która sprawia, że ludzie wypełniają tę część właśnie w ten sposób. Nawet przeszły mi przez myśl jakieś naukowe badania w tym kierunku. A o jakim zdaniu mowa?
Zwykle jestem z siebie... niezadowolona / niezadowolony.
Prawdą jest, że konstrukcja tego zdania w pewien sposób sugeruje odpowiedź, bo w języku polskim, z samego siebie można być - zadowolonym, niezadowolonym, dumnym - i to chyba na tyle (jeśli jeszcze jakimś można z siebie być, dajcie znać w komentarzu). Mimo tego, fakt, że 95% osób, przed którymi położyłam ten test, jest z siebie niezadowolonych, mnie bardzo smuci. Nie tylko jako psychologa, ale przede wszystkim jako człowieka. Tym bardziej, że pracuję głównie z młodzieżą i to właśnie oni są tymi niezadowolonymi z siebie. Wyobraźcie sobie teraz, że czeka nas przyszłość zbudowana na samych niezadowolonych z siebie ludzi - niezadowolonych z siebie lekarzy, prawników, nauczycieli czy trenerów judo.
Oczywiście, trzeba wziąć pod uwagę, że osoby, z którymi się stykam na co dzień w mojej pracy zawodowej, nie są większością społeczeństwa i nie mogą go reprezentować, w tym wypadku moje rozważania mogą być po prostu efektem false consensus effect. Ale mogą także nie być żadnym błędem poznawczym, biorąc pod uwagę fakt, że z raportu opublikowanego w roku 2023 przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne wynika, że liczba dzieci i młodzieży korzystających ze wsparcia psychologicznego ciągle wzrasta. Natomiast fundacja UNAWEZA, z projektem #MlodeGlowy, która przeprowadziła w 2023 badania w polskich szkołach, wskazuje, że co drugi uczeń w Polsce w wieku 10-19 lat ma skrajnie niską samoocenę. Więc może jednak moja grupa niezadowolonych z siebie nie jest wcale niereprezentatywną mniejszością?
W tym momencie muszę zakomunikować, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem nadmiernego zadowolenia z siebie, w stylu:
Nieważne co zrobię jest dobrze. Wszyscy powinni mnie chwalić.
Co więcej! Nie jestem nawet zwolennikiem pozytywnej, afirmującej, wdzięcznościowej, holistycznej *dodaj inne modne słowa* psychologii nakazującej celebrować wszystkie swoje małe sukcesy i sukcesiki i myślenia przede wszystkim o sobie i swoim komforcie. Co to, to nie - ja nie jestem kolorowym uśmiechniętym psychologiem z afirmacjami na każdy dzień, ja jestem psychologiem w szarym golfie, czasami nie odzywającym się przez 10 minut, żeby pacjent sfrustrował się naszą wspólną ciszą i postanowił jednak wylać to, co mu się w głowie kotłuje. W związku z tym, że właśnie takim psychologiem jestem, jak najbardziej postuluję robienie wielu rzeczy, które nie są komfortowe i badanie samego siebie, zauważanie własnych błędów, wad i walczenie z nimi.
Niemniej - to niezadowolenie z siebie, o którym tutaj piszę, to nie jest niezadowolenie wynikające z rzeczywistej, obiektywnej oceny własnych wad i niedoskonałości. To niezadowolenie wynikające z wyuczonego, utrwalonego poczucia, że nie jest się wystarczająco dobrym. To nie jest niezadowolenie, które brzmi jak
Popełniłem błąd, myliłem się, jestem z tego powodu niezadowolony, ale to naprawię.
To jest niezadowolenie, które żali się
Nic nie potrafię dobrze zrobić. Mimo że próbuję i staram się, nic mi nie wychodzi. Jestem beznadziejny we wszystkim, czego się podejmuję.
No i takie niezadowolenie to trucizna. Takie niezadowolenie wynika z braku poczucia własnej wartości, a źródeł takiego braku jest wiele. Tak więc jeżeli z takim niezadowoleniem się zmagasz, jeżeli czujesz, że twoich błędów jest za dużo i nie potrafisz ich sam naprawić, to odsyłam między innymi tutaj - Rzymian 8, a najlepiej to do całego tekstu źródłowego.
Post ten moim zdaniem musi się zakończyć pewnym apelem. Chociaż jak wspomniałam wyżej - źródeł niskiego poczucia własnej wartości jest wiele - jednym z nich, szczególnie wśród dzieci i młodzieży, jest niewątpliwie to, co słyszą z ust innych osób, szczególnie bliskich sobie. Więc apeluję do rodziców, nauczycieli, trenerów i wszystkich innych ludzi - wstrzymajcie się z niekonstruktywną krytyką, wyrzućcie ze swojego słownika takie stwierdzenia jak "być do niczego", "nie nadawać się", "być beznadziejnym" - nie mówcie tego do dzieci, nie mówcie tego przy dzieciach, nie mówcie tego o sobie. Kropka.
W tytule wskazałam, że post będzie też o książkach - w ostatnim czasie mogę być z siebie bardzo zadowolona, jeśli chodzi o postępy w moim wyzwaniu książkowym na rok 2024. Pomimo że jest dopiero (lub już) wrzesień, na koncie mam już 22 z 24 założonych książek. Dwie z nich bardzo polecam, a dlaczego? (w wielkim skrócie):
Tytuł: O kocie, który ratował książki
Autor: Sosuke Natsukawa
Ocena: 4.5 Kto mnie zna, ten wie, że lubię japońskie książki, a sympatia ta zaczęła się zanim Japonię zobaczyłam i nawet zanim poznała mojego męża-trochę-japończyka. O kocie to książka, która na pewno spodoba się tym, którzy polubili Zanim wystygnie kawa wraz z jej kontynuacjami. Książka opowiada o nastolatku - Rintaro, który po śmierci dziadka, który go wychował, dziedziczy antykwariat. Nieśmiały Rintaro od zawsze traktował książki jako ucieczkę od rzeczywistości, w której nie za dobrze sobie radził, ale po tym, jak poznaje tajemniczego, rudego kota, doświadcza prawdziwej ucieczki od rzeczywistości - w jaki sposób, dowiecie się podczas lektury. Dla mnie to książka o znajdowaniu w sobie siły i korzystaniu ze swoich zalet, które często pozostają zakryte. Dobry komentarz do moich wcześniejszych rozważań o niezadowoleniu.
Tytuł: Nie jesteś sama, Meredith
Autor: Claire Alexander
Ocena: 4.5
W te wakacje byłam na wycieczce z Japonii z moimi przyjaciółmi, Anią i Tomkiem - Tomek jest też pastorem w zborze, do którego należy, i chwilę po powrocie z tej wycieczki poczynił kazanie na temat hikikomori, czyli osób, które z własnej woli pozostają w izolacji od społeczeństwa (żeby posłuchać kazania - tutaj). Ta książka jest właśnie o hikikomori, tyle że nie z Japonii, a ze współczesnej Nowej Zelandii. Meredith nie opuszcza domu od ponad 1200 dni - dlaczego? Odpowiedź na to pytanie poznajemy fragmentarycznie na kartach tej książki, odkrywając trudną przeszłość bohaterki, ale także rozwijając nadzieję na jej jaśniejszą przyszłość.
To koniec moich przemyśleń w tym poście - kto wie, może następne pojawią się w 2026...
Komentarze
Prześlij komentarz