1
Długo zastanawiałam się, co powinno być treścią mojego pierwszego posta. Zwlekałam z jego napisaniem jakiś czas, bo chciałam, żeby temat był w pewien sposób moją wizytówką, wiecie - pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz.
Szybko jednak zrezygnowałam z tych górnolotnych idei i postanowiłam po prostu napisać o tym, o czym miałam ochotę. Tak więc - zacznę od refleksji nad książką Jean-Dominique Bauby'ego "Skafander i motyl". Nie powiem, że będzie to recenzja, gdyż nie mam na temat tego utworu zdania na tyle jasnego, żeby wyrazić jednoznaczną opinię czy wystawić ocenę.
Zacznę od krótkiego opisu - Jean-Dominique Bauby był redaktorem naczelnym magazynu "Elle", w wyniku udaru doznał syndromu locked in (LIS) związanego z paraliżem całego ciała. Zespół zamknięcia jest stanem, w którym pacjent, z powodu uszkodzenia pnia mózgu, cierpi na całkowity paraliż, jednak pozostaje przytomny i świadomy. Tak też było w przypadku autora tego utworu - Jean Dominique Bauby poruszać mógł jedynie lewą powieką i za jej pośrednictwem, stosując stworzony przez siebie system alfabetyczny (dana ilość mrugnięć w czasie oznaczała daną literę) podyktował niniejszą powieść. Zmarł niespodziewanie 3 dni przed wydaniem utworu.
Treścią utworu są przeróżne migawki z życia autora i jego przemyślenia, związane zarówno z życiem po udarze jak i przed. To co mnie bardzo uderzyło to kontrast pomiędzy tymi dwoma rzeczywistościami. "Aktualne" życie autora - uwięzionego we własnym ciele, otoczonego personelem medycznym, odpowiedzialnym za jego życie, obserwującego szpitalną rzeczywistością, tęskniącego za sprawnością, ale wciąż błyskotliwego i pełnego ironicznego humoru. Życie sprzed wypadku - życie tętniące, kolorowe, szybkie, na które autor spogląda z dystansem, nostalgią, ale i pobłażliwością dla swoich młodzieńczych błędów i niekiedy nieodpowiedzialnych decyzji. Te rozbieżności łączy w sposób spójny osoba autora, której spojrzenie na świat, nieco zmienione po doświadczeniach choroby pozostaje trzeźwe, bystre i niekiedy krytyczne - szczególnie wobec samego siebie.
Kolejną refleksją, chyba najważniejsza dla mnie, która płynie ze "Skafandra i motyla" to podkreślenie istoty komunikowania się z otoczeniem, szczególnie z tymi, którzy są nam bliscy. Na co dzień większość z nas ma całe spektrum możliwości wyrażania tego co chcemy komuś przekazać, dysponujemy tysiącami wyrazów, które służą nam do komunikowania naszych emocji, pragnień, zażaleń i wszystkiego co nam przyjdzie do głowy. Pomimo tego, jak wiele razy stykamy się z niezrozumieniem, zignorowaniem, odwróceniem znaczenia naszych słów przez innych lub z drugiej strony - naszym własnym zniechęceniem czy wstydem do wyrażenia swoich myśli. Jak często nasze szerokie spektrum słów zamiast do porozumienia i zgody prowadzi do kłótni i umniejszenia drugiego człowieka. Jean-Dominique Bauby miał do dyspozycji jedynie swój mrugający alfabet i dzięki niemu, na parudziesięciu kartkach powieści ujął miłość i troskę do swoich dzieci, szacunek do swojego ojca, wspomnienie żarliwych namiętności czy spektakularnych upadków. Jednak autor podkreśla także smutek i żal, że nie może w sposób naturalny - słowem i gestem przekazać swojej miłości i swoich uczuć bezpośrednio tym, których kocha - rodzinie, bliskim, przyjaciołom. Nie chcę tu wysnuć oczywistego i patetycznego wniosku w stylu "Wykorzystujmy każdą chwilę, żeby pokazać innym naszą miłość" - choć to prawda, bardziej zależy mi na tym, aby zastanowić się nad wagą naszych słów i pobudkami naszych wypowiedzi do innych. Czy gdybyśmy musieli włożyć tyle wysiłku co autor, w to co przekazujemy na co dzień, czy nie zrezygnowalibyśmy z czegoś lub nie dodali czegoś innego? Przemyślcie sami.
Teraz chciałabym się skłonić chwilę nad okolicznościami, w których książka trafiła w moje ręce. Otrzymałam ją z krótką, aczkolwiek przemiłą dedykacją, niedługo przed skończeniem przeze mnie studiów, od jednej prowadzącej - najfajniejszej i najnudniejszej zarazem (ale to historia na osobny post). Dedykacja zawierała w sobie życzenia satysfakcji z pracy klinicznej, czyli pracy psychologicznej z pacjentem. Koniec studiów i początek nowego "dorosłego" życia przysporzył mi więcej emocji i przeżyć niż mogłam się tego spodziewać. Wydawało mi się przez ten cały okres, że zmiana z którą się mierzę jest ogromna i momentami nie do przejścia. Ta powieść ociupinkę uświadomiła mi, że dopóki zachowuję chociaż resztkowe możliwości komunikacji to żadna zmiana nie jest nie do przejścia.
Kończąc - powieść ma też swoją ekranizację, której nie oglądałam, więc się nie wypowiem, ale to taka zachęta dla tych co nie lubią czytać, a chcieliby tę historię poznać.
Czy znajdą się na tym świecie narzędzia, by rozpruć mój skafander? Linia metra bez końcowej stacji? Dość mocna waluta, by odkupić moją wolność? Trzeba szukać gdzie indziej. W drogę.
Jean-Dominique Bauby, Skafander i motyl
Fajnie piszesz 🙂
OdpowiedzUsuńPiękne! Pożyczysz mi?
OdpowiedzUsuńJak przeczytasz inne książki ode mnie - to tak :)
UsuńŁoo
OdpowiedzUsuń