2 - O tym jak pojechałam na urlop… do pracy
Policzyłam - to był mój trzynasty obóz w karierze. Czwarty w kategorii obozy judo, drugi w kategorii obozy w górach, pierwszy w kategoriach tak wiele rzeczy zależy to ode mnie, że powoli dostaje ataku paniki oraz kto by pomyślał, że można się pokłócić o tak wiele rzeczy. Nie będę zmyślać - nie było cudownie, było bardzo trudno i niejednokrotnie skrollowałam stronę Polskich Kolei Państwowych w poszukiwaniu szybkiej ucieczki do Gdańska. Oczywiście, że bym tego nie zrobiła, to jasne. Ale sam fakt, że znalezienie się w domu należało do top1 moich ówczesnych marzeń, jest dość wymowmy. Niemniej jednak wyjazd ten, który zapewne był niesamowitym przeżyciem dla uczestników, nauczył mnie i przypomniał parę rzeczy, o których możliwe, że nie wiedziłam lub zapomniałam.
Po pierwsze - jestem dorosłą osobą, nie jestem już nastolatką i nikt mnie nie będzie głaskać po głowie - nawet jak będę mieć 40 stopni gorączki. Co więcej, moja dzika karta, która na początku studiów pozwalała mi przez trzy turnusy z rzędu bawić się z koleżeństwem z kadry do 5.00 a o 7.30 stawiać się na zbiórce, niestety wygasła. Życie nie jest łatwe. Po zakończeniu obozu nie wracam do Wąbrzeźna, aby przez dwa tygodnie, pod opieką mojej mamy zdrowieć z zapalenia oskrzeli jedząc morele i maliny z ogródka. Jadę do Wąbrzeźna tylko na chwilę, za pełną cenę biletu, aby następnie ponownie obrać kierunek Gdańsk i w poniedziałek rano wyruszyć do mojej „prawdziwej” pracy. Wydawało mi się, że wykorzystanie wakacyjnego urlopu, żeby w trakcie pójść do innej (cięższej) pracy to nie taki głupi pomysł oraz, że z racji swojego młodego wieku nie będę wykończona. Wydawało mi się, że zawsze będę beztroska i brawurowa na tyle, żeby bez odrobiny lęku przechodzić najwyższe trasy w parku linowym. Myliłam się.
Po drugie - jest bardzo bardzo bardzo dużo rzeczy, na które nie mam wpływu. Nie mam wpływu na to, że jak będę schodzić z Nosala to lunie taka ulewa, że kamienie pod nami zmienią się w rzekę. I nie mam wpływu na to, że dzieci wtedy właśnie stracą umiejętność chodzenia, całą motywację i dyscyplinę i postanowią do tej całej wody wkoło dodać jeszcze swoje łzy. Nie mam wpływu na to, że autobusy nie jadą zgodnie z rozkładem jazdy, że robią się korki na ulicy, że losowa Pani góralka w autobusie będzie nas wyzywać, że przyjechaliśmy ze wsi i nie umiemy się zachować. Mam wpływ tylko na to czy to wszystko sprawi, że będę się złościć i marudzić (niestety zbyt często dokonywałam takiego wyboru).
Po trzecie - najważniejszą i najwspanialszą lekcją z tego wszystko jest to, że życie i świat jest piękny. W najmniej spodziewanym momencie, najbardziej nieznośne dziecko powie coś niesamowicie budującego. Parę sekund po tym jak będzie mi się wydawać, że już nie mam siły wziąć oddechu, wspinając się i powtarzając dzieciom, że dadzą radę, uda mi się wejść na szczyt i zobaczyć widoki, za które warto zapłacić o wiele wyższą cenę niż dwie godziny wędrówki w pocie czoła.
Uwielbiam góry, przypominają mi o wszystkim co powinnam pamiętać o życiu, świecie i Bogu. Dzieci uwielbiam trochę (o wiele) mniej, ale przypominają mi to wszystko co powyżej tylko jeszcze bardziej. Po tym wszystkim też zdecydowanie jestem wdzięczna za moją pracę, do której z chęcią wrócę po trochę odpoczynku, ironic isn't it? Dobrze tak czasem sobie dać w kość, dowiedzieć się o sobie, że jednak sporo jeszcze brakuje do bycia w 1% drogi do doskonałości. Taka lekcja pokory nie zdarza się codziennie, więc warto ją zapamiętać. Mimo wszystko, nie żałuję.

Współczuję choroby w takim momencie... Cieszę się jednak, że mimo tych trudów wyciągasz pozytywne wnioski 🙂
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Martyna
Sprawdzają nas ciężary życia. Dałaś radę 🤩 Chwała Panu !
OdpowiedzUsuń